czyli Lizbona okiem Erasmusa i inne podróże

dodajdo.com
Blog > Komentarze do wpisu

Niedzielny obiad, niedzielne gotowanie


W celu wypicia porannej kawy trzeba było udać się do pastelarii. Na szczęście wystarczyło tylko zejść po schodach. Mam szczęście mieszkać w pobliżu kilku kawiarnianych zakątków. Jeden jest po drugiej stronie ulicy, kolejny jest parę kroków dalej, a następny jeszcze za rogiem. Do kawy standardowo – dwa pasteis de nata (ciasteczka, babeczki z czegoś w rodzaju ciasta francuskiego, ze słodkim budyniem, zapiekane od góry, podawane na zimno lub ciepło). Nie wiem, co do nich dodają, ale jak zacznie się je jeść, to nie można już przestać. Z charakterystycznym smakiem wiążą się słodkie wspomnienia.

W celu wypicia porannej kawy trzeba było udać się do pastelarii. Na szczęście wystarczyło tylko zejść po schodach. Mam szczęście mieszkać w pobliżu kilku kawiarnianych zakątków. Jeden jest po drugiej stronie ulicy, kolejny jest parę kroków dalej, a następny jeszcze za rogiem. Do kawy standardowo – dwa pasteis de nata (ciasteczka, babeczki z czegoś w rodzaju ciasta francuskiego, ze słodkim budyniem, zapiekane od góry, podawane na zimno lub ciepło). Nie wiem, co do nich dodają, ale jak zacznie się je jeść, to nie można już przestać. Z charakterystycznym smakiem wiążą się słodkie wspomnienia.

Niedziela zaczęła się dopiero w okolicach drugiej popołudniu. Później przyszedł czas na gotowanie. Każda osoba zaproszona na kolację miała ugotować coś od siebie. Po pewnym czasie w naszej kuchni pojawiła się szarlotka (mojego autorstwa), ciasto ze śliwkami (zrobione przez Inez), hiszpańska tortilla (zasługa Belem), talerz hiszpańskiej szynki (też Belem) i rolada z ciasta, mielonego mięsa, białego sera i pietruszki (upieczona przez Yamcina).

To ostatnie, pomimo iż nie było podobne do żadnego tureckiego dania, było wyśmienite i po dostarczeniu do Sereny zniknęło ze stołu zaskakująco szybko. Szarlotka również została zjedzona (jak zresztą wszystko tego dnia), mimo iż po rozkrojeniu okazała się być płynna i rozpadła się na maleńkie kawałeczki. Dziewczyny z mieszkania obok zrobiły natomiast polską sałatkę – mniam.

Próbowaliśmy wyciągnąć z nami na kolację drugą Adriannę (naszą portugalską współlokatorkę) ale niestety nam się nie udało. Uparcie odpowiadała, że może następnym razem. Nie pomogły ani ciasta, ani urok próbującego ją przekonać Yamcina.

Kolacja okazała się bardzo udana. Wszyscy dotarli w dobrych humorach i myślę, że nikt nie wyszedł głodny ani spragniony. Nie obyło się oczywiście bez tortu ze świeczkami i śpiewaniu sto lat w każdym znanym przez nas języku (Janek musiał zaśpiewać solo). Ada dostała portugalską flagę, z wypisanymi przez każdego z nas życzeniami (do góry nogami, bo Ewa rozpoczynająca kolejkę wpisywania, troszkę się pomyliła), słownik portugalsko-hiszpański (ze słowami niespodziankami w środku), zieloną bluzę z napisem „Nie rozmawiam z obcymi”, a także dwa słoiki korniszonów i słoik ze śledziem.

Mój braciszek jakoś nie był zachwycony Lizboną (może dlatego, że nie wpadł w oko żadnej dziewczynie). Wyjechał następnego dnia z powrotem do Porto, żeby tam dalej podrywać jakąś panią inżynier.

piątek, 27 stycznia 2012, tojaityle
Niedzielny obiad, niedzielne gotowanie impreza kolacja po godzinach Erasmus szarlotka urodziny